piątek, 31 sierpnia 2018

kropiatka!

Lato jest moim zdaniem najnudniejszym okresem dla fotografa ptaków (chcę na początku trochę ponarzekać, żeby później zaskoczyć zwrotem akcji). Wymieniając pory roku można dojść do banalnych i oklepanych wniosków, że: wiosną przyroda budzi się do życia; jesienią jest kolorowo; zimą jest (przynajmniej powinien być) śnieg. Dużo się dzieje. A latem? Latem jest sezon lęgowy, zwierzęta niechętnie się pokazują, a fotografować przy gniazdach trzeba bardzo ostrożnie, a czasem lepiej w ogóle tego nie robić. Do tego gąszcz krzaków, gęstwina liści, bujne trawy. Trochę przesadzam, ale o wiele łatwiej się ukryć, co dla ptaków akurat jest świetną wiadomością. W lesie, po wiosennych koncertach i harmidrze jest prawie cisza, w innych miejscach podobnie. Jak rok temu, miałem jednak wiele planów na ten czas. Są przecież wakacje. Myślałem na przykład o założeniu własnej kałuży w lesie, której pragnąłem doglądać i regularnie regulować poziom wody. Miała ona być ratunkiem dla ptaków podczas upałów, gdzie mogłyby spokojnie się poić i kąpać (ależ ładne zdjęcia by były). Nie zdążyłem nawet wybrać lokacji na kałużę, bo kiedy dni zaczęły robić się długie - mnie ciągnęło do lasu, który jest dalej od mojego domu, za to jest o wiele większy i bogatszy  biologicznie. Tam, nad rzeką, zaobserwowałem zimorodka. Moje plany z poidełkiem w jednej chwili zeszły na dalszy plan. Spędziłem w tamtym miejscu dużo czasu, korzystając z ciepłych poranków i wieczorów. Zimek kilka razy jak strzała leciał wzdłuż rzeki, pobudzając tylko moją wyobraźnię, jak dobrze będzie obserwować go zaraz przed sobą na patyku, z którego później fenomenalnie skoczy, polując na rybę. Nic takiego się nie stało, a godziny czekania na niego zaowocowały tylko kilkoma zdjęciami, z których nie byłem zadowolony. Ciągle czekałem na lepsze ujęcia, a najlepiej serię, którą bez wstydu pokazałbym tutaj. (zdjęcie zimka)
Na przyszły rok przekładam też plany na zdjęcia dudków i żołn, no i rzecz jasna - żurawi. Byłem trochę sfrustrowany, bo powoli dochodziłem do wniosku, że nic mi nie wychodzi. W międzyczasie jeszcze prawie tydzień w najdzikszym rejonie Polski - w Bieszczadach i „Turnickim Parku Narodowym” i tylko zdjęcia rudzika. Tutaj akurat mogłem usprawiedliwiać się porą roku. Kończąc ten przydługawy wstęp - zacząłem powoli czuć koniec wakacji.

W ubiegłą niedzielę odzyskałem nadzieję. W okolicy jeziora, w trzcinowisku, znalazłem małe bajoro, które od razu przypomniało mi o ptakach lubiących błoto i gęste szuwary. Pomyślałem o wodniku, którego już dawno chciałem poznać bliżej. Przykucnąłem tam na chwilę i swoją obecnością zaskoczyły mnie od razu rokitniczki. Było ich bardzo dużo, skakały wokół mnie, podlatywały na pół metra i nie robiły sobie nic z mojej obecności. Wyjadały po prostu jakieś smakołyki z błota. Z błota, które z resztą intensywnie pachniało i w którym właśnie całkiem nieźle się zapadłem. Chruścieli ani siewek wtedy nie wypatrzyłem, ale stwierdziłem, że miejsce ma ogromny potencjał na takie gatunki. A nawet jeśli nic by się nie udało, obserwowałbym z wielką chęcią rokitniczki, które też są piękne.
Następnym razem pojechałem już lepiej przygotowany, bo z deseczką, która miała uratować mnie przed zniknięciem w cuchnącej brei. Usytuowałem się w bardzo dziwnej pozycji. Próbowałem trzymać jak najniżej aparat, dla jak najlepszej perspektywy. Klęczałem z nogami do góry i z głową przy samej ziemi, a najbardziej bolały mnie chyba oczy, bo z zezem musiałem wychylać się (przy jak najmniejszym ruchu), żeby coś widzieć. Na szczęście nie czekałem długo. Pojawiły się dwa wodniki! Nieśmiało wyglądały zza trzcin. Przyszedł jeszcze jakiś ciekawski młodziak, który okazał się później kokoszką. Była też kropiatka, którą szczerze mówiąc na początku trochę zignorowałem. Podchodziła bardzo blisko mnie, sprawiając wrażenie mało płochliwej. Może dlatego uznałem ją za mniej interesującą od wodników, które się chowały, kryjąc jakąś tajemnicę.
Owocem obserwacji były krzywe i nieostre zdjęcia, ale też moje przekonanie o wspaniałości tego miejsca. Jak wiele ciekawych gatunków żyje tak blisko nas, ale w terenie właściwie niedostępnym dla ludzi!
Wiedziałem czego potrzebuję dla usprawnienia fotografowania. Starej patelni! Od razu po powrocie do domu zacząłem kombinować. Chciałem przymocować do niej głowicę z mojego statywu. Taki zestaw umożliwiłby mi umieszczenie aparatu jak najniżej, przy doskonałej stabilności do robienia zdjęć. Nie znam sensownego synonimu patelni, zatem przewierciłem dziurę w jej środku, dokręciłem głowicę i byłem bardzo zadowolony, z efektu i z siebie. Wyszło lepiej niż się spodziewałem! Teraz byłem gotowy do czatowania.
Trzy dni z rzędu byłem tam o wchodzie słońca i o zachodzie. Najchętniej pozowały kropiatki (trzy!) co nakłoniło mnie do zgłębienia mojej małej wiedzy o nich. Ogromnie było moje zdziwienie, kiedy przeczytałem, że są one w Polsce nieliczne, a w moich stronach nawet bardzo nieliczne! Czyli miałem do czynienia z rzadkością. Z takim nastawieniem pojechałem następnym razem. Czekałem już konkretnie na nie... i się nie pojawiły. Ostatni raz widziałem je w środę, od tego czasu się nie pojawiły. Prawdopodobnie więc trafiłem na jakiś przelot, migrację. To znaczy, że miałem niesamowite szczęście. Nadal trudno mi w to uwierzyć.
Mam nadzieję, że wrócę tu niedługo z innymi zdjęciami stamtąd. Może uda się z wodnikiem?









2 komentarze:

  1. Jestem pod wrażeniem, naprawdę. Tym bardziej, że dla mnie nadal kropiatki kojarzą się z czymś nieosiągalnym - a tutaj taka sesja! Pięknie im w niebieskościach i chłodnej zieleni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje! Pomyśl jednak o czatowni! Mój pierwszy sezon na rozlewisku był dokładnie taki sam. Bez budy, ale za to z fantastycznymi (jak Twoje!) obserwacjami. Potem jednak zrobiłem pierwszą czatownię i - to naprawdę ułatwia życie:)

    OdpowiedzUsuń